Mówi głupi w swoim sercu:

 «Nie ma Boga». Ps. 53

 

   

 

Oto trzy wizerunki wykonane nie ludzką ręką, które powstały

w cudowny sposób, niewytłumaczalnie dla dzisiejszej nauki.

 

 

 SPIS TREŚCI:

 

Największy cud, jaki posiadamy ......... 3

Niezwykła relikwia Zmartwychwstania ....11

Nie namalowany ludzką ręką .............17

Objawienia na wzgórzu Tepeyac ..........22

Biografia ..............................29

 

 

 

 

23 września 2004 r. niemiecki dziennik Die Welt opublikował reportaż pt.

 

Prawdziwe Oblicze Chrystusa.

 

Odnalezienie niezwykłej relikwii Zmartwychwstania, napisany przez znanego niemieckiego dziennikarza Paula Baddego.

 

Media włoskie przypomniały wtedy, że w 1963 roku św. o. Pio powiedział: „Volto Santo w Manoppello to największy cud, jaki posiadamy"

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W 2006 roku ukazała się książka Paula Baddego pt. Boskie Oblicze.

 

Całun z Manoppello, która wprowadza czy­telnika w pasjonującą przygodę odkry­wania prawdy o niezwykłej relikwii Zmartwychwstania. Na welonie o wymia­rach 17 na 24 cm, oprawionym w srebrny relikwiarz, który jest wystawiony na widok publiczny w ołtarzu głównym kościoła w Manoppello, znajduje się wizerunek twarzy zmartwychwstającego Chrystusa.

 

Manoppello

 

jest pięciotysięcznym mia­steczkiem włoskim, leżącym w Abruzji, w odległości 30 km od Pescary. W pobliżu znajduje się słynne sanktuarium Cudu Eucharystycznego w Lanciano.

 

Obraz nie namalowany ludzką ręką Od 20 lat wielu wybitnych naukowców podejmowało się trudu wszechstronnych badań tajemniczej relikwii Oblicza Chrystusa z Manoppello. Ich wyniki stwierdzają, że obraz ten powstał w niewytłumaczalny dla nauki sposób. Na pewno nie został namalowany ludzką ręką, podobnie jak cudowny obraz Matki Bożej z Guadalupe w Meksyku czy wizerunek martwego ciała Chrystusa na Całunie Turyńskim. Najnowsze techniki badawcze zasto­sowane do analizy Całunu Turyńskiego zostały również wykorzystane przy bada­niu welonu z Manoppello. Wyniki tych wszystkich ekspertyz jednoznacznie wska­zują, że współczesna nauka nie jest w sta­nie stwierdzić, w jaki sposób powstał obraz i skąd pochodzą te tajemnicze kolory, które sprawiają, że obraz Świętego Obli­cza fascynuje swoim pięknem i promie­niuje życiem.

 

Profesor Danto Yittore podczas swo­ich analiz zastosował skaner cyfrowy o bardzo wysokiej rozdzielczości. Pozwo­liło mu to na ustalenie, że pomiędzy włók­nami badanej tkaniny nie ma żadnych zalegających kolorów. W powiększeniu mikroskopowym wyraźnie widać, że na materiale nie ma najmniejszych nawet śla­dów farby. Gdyby zaś obraz został nama­lowany farbą olejną, z całą pewnością zalegałaby ona w wolnych przestrzeniach pomiędzy nićmi. Zostało także wyklu­czone, że obraz był malowany techniką akwarelową, ponieważ kontury, rysy oczu i ust są tak precyzyjnie czyste, że jest nie­możliwe namalowanie ich w ten sposób.

 

 

 

 

Najbardziej zadziwiającą cechą Oblicza z Manoppello jest przezro­czystość płótna oraz fakt, że obraz jest doskonale widoczny zarówno z jednej jak i drugiej strony - niczym na prze­źroczu. Nie ma na nim żadnych pigmentów. Jest to niewątpliwie unikat w skali światowej.

 

Dodatkową cechą obrazu z Manoppello jest jego zmienność, gdyż przy różnym świetle przyjmuje on inny wygląd. Wraz ze zmieniającym się oświetleniem zmienia się obraz, tak jakby żył. Jeśli patrzy się nań pod jasne światło, jest niewidoczny, ponieważ staje się przeźroczysty. W tym niezwykłym wizerunku twarzy są pewne właściwości obrazu, fotografii, hologramu – ale nie jest to ani obraz, ani fotografia, ani hologram. Cienie na portrecie są subtelniejsze, niż potrafiliby je namalować najwięksi geniusze malarstwa. Odbicie twarzy wykazuje wiele niewytłumaczal­nych zjawisk, które sprawiają, że nauka stoi przed wielką tajemnicą.

 

W świetle jarzeniówek delikatny Całun przybiera barwę miodowozłotą; wygląda dokładnie tak, jak trzynastowieczna mistyczka Gertruda z Helfty opisywała oblicze Chrystusa, oglądając w widze­niu Chustę Weroniki. Jedynie w jasnym świetle delikatny Całun ukazuje trójwy­miarowe oblicze, prawie holograficzne. Płótno jest tak delikatne, że wydaje się, iż po złożeniu można by je zmieścić w sko­rupce orzecha. Profesor Yittori z uniwer­sytetu w Bari i prof. Fanti z uniwersytetu w Bolonii w trakcie analiz mikroskopo­wych potwierdzili, że na Całunie nie ma śladów farby. Jedynie w miejscu źre­nic włókna wydają się jakby przypalone przez działanie wysokiej temperatury.

 

 

Lekarze twierdzą, że z wyglądu źrenic Oblicza z Manoppello wynika, że Człowiek ten miał krwotok mózgowy. Jego uzębienie jest charakterystyczne dla ludzi żyjących w Palestynie w czasach Chrystusa. Badania naukowe potwierdzają, że obraz Boskiego Oblicza z Manoppello nie mógł być namalowany przez człowieka. Jest więc on, jak mówi tradycja, acheiropoietos -czyli nie namalowany ludzką ręką.

 

Najdroższa tkanina Święte Oblicze z Manoppellojest zadzi­wiającym wizerunkiem, który został utrwa­lony na drogocennej, antycznej tkaninie. Jedynie małe jej kawałki zachowały się do naszych czasów. Jest to bisior, nazywany morskim jedwabiem, który był najdroższą tkaniną w starożytności. Najstarsze frag­menty tego drogocennego płótna, które się zachowały do naszych czasów, pochodzą z IV w. Z technicznego punktu widzenia jest niemożliwe namalowanie czegokol­wiek na morskim jedwabiu.

 

Strukturę tego płótna badał prof. Giu-lio Fanti, który stwierdził, że mamy do czynienia z bardzo cienkim materia­łem, utkanym z nici o średnim przekroju 120 mikronów. Jest on cieńszy od nylonu, syntetycznego włókna wyprodukowa­nego po raz pierwszy w 1945 r. Spo­sób tkania jest tradycyjny, a więc prosty i nieregularny. Istnieją puste przestrze­nie pomiędzy nićmi, o wielkości od 150 do 350 mikronów. Tkanina jest przezroczysta i dlatego określana jest jako welon. W wolnych przestrzeniach pomię­dzy nićmi brak jakichkolwiek pigmentów czy innych materiałów. Trzeba podkre­ślić rzecz wyjątkową, a mianowicie fakt, że przestrzenna tonalność kolorów nie­znanego pochodzenia wynosi tu 0,5 mili­metra, natomiast na Całunie Turyńskim jeden centymetr. Badania naukowe Całunu z Mano­ppello przeprowadzone przez prof. L. Por-toghesi, która jest specjalistką od tkanin z pierwszego wieku, stwierdzają, że mamy do czynienia z bisiorem - czyli z naj­droższym antycznym materiałem.

 

 

” Chrześcijaństwo to nie forma kultury, ideologia albo jakiś system wzniosłych zasad czy wartości.

 

Chrześcijaństwo to Osoba.

Chrześcijaństwo to Obecność. Chrześcijaństwo to oblicze:

Jezus Chrystus! ”

(Jan Paweł II, Berno, 4.06.2004 r.)

 

 

 

Profesor Chiara Vigo zaś, największa światowa znawczyni płócien wytwarzanych z bisioru, po dokładnych badaniach welonu z Manoppello stwierdziła, że jest to bisior morski, a więc tkanina powstała z jedwabi­stych nici, które wytwarzaj ą małże morskie Pinna nobilis. Te niezwykle cenne tka­niny wytwarzano w czasach antycznych. Obecnie tylko na wyspie Sant' Antioco koło Sardynii jest jedyne miejsce na świe­cie, gdzie produkuje się niewielkie ilości bisioru. Z jednej morskiej muszli Pinna nobilis można uzyskać tylko do 2 gramów włókna. Profesor Vigo twierdzi, że jedynie bisior może być tak przezroczysty i deli­katny jak Chusta z Manoppello i równo­cześnie ogniotrwały jak azbest. Nikt z ludzi nie jest w stanie na tego rodzaju materiale czegokolwiek namalować, a tym bardziej tak perfekcyjnego obrazu, jaki znajduje się w Manoppello. Bisior można namoczyć, ale absolutnie nie da się na nim malować -na tak cieniuteńką tkaninę po prostu nie da się nanieść żadnej farby.

 

Paul Badde podkreśla, że „w prawej źrenicy tęczówka jest wyraźnie przesunięta w górę, co nie byłoby możliwe na zdjęciu. Obraz nie jest hologramem, który tak bar­dzo przypomina, gdy patrzymy na niego pod światło. Przez płótno przebiegają cha­rakterystyczne zagięcia, tak jakby Całun był przez długi czas złożony: raz wzdłuż i dwa razy w poprzek. Kolory oscylują w świetle pomiędzy umbrą, sjeną, sre­brem, łupkiem, miedzią, brązem i złotem; wydaje się, że powstają tak jak na skrzyd­łach motyla, ponieważ pod mikroskopem nie widać na materiale żadnych śladów farby, a w padającym od tyłu świetle staje się on przezroczysty jak szkło; znikają też wtedy ślady zagięć. Tego rodzaju zja­wisko można zaobserwować wyłącznie na bisiorze (morskim jedwabiu) - najcen­niejszej tkaninie starożytnego świata (...). Pod światło płótno staje się zupełnie prze­zroczyste, podczas gdy w cieniu wydaje się grafitowoszare".

 

Kiedy w Bazylice św. Piotra Mar­cin Luter po raz pierwszy zobaczył przez chwilę ten całun, określany wtedy jako Chusta św. Weroniki, najpraw­dopodobniej widział go pod światło i dlatego nie mógł zobaczyć żadnego obrazu. Swoje rozgoryczenie wyraził w dosadnym stwierdzeniu: „Utrzymują, że na Chuście Weroniki jest utrwalone prawdziwe Oblicze naszego Pana. Tym­czasem jest to kawałek jasnego lnu, który podnoszą w górę. A biedni prostaczkowie nie widzą nic poza kawałkiem jasnego lnu na czarnej desce". Luter poprzestał na pierwszym wrażeniu, nie podszedł bli­żej, aby się upewnić. Zbieranie argumen­tów przeciwko papiestwu, zawód i różne uprzedzenia zamknęły Lutra na poznanie całej prawdy i sprawiły, że nazwał Chustę Weroniki „diabelskim oszustwem rzym­skich papieży".

 

 

Ta sama Osoba

 

 

Obydwa Oblicza: z Manoppello i wizerunku na Całunie Turyńskim, w 100% odpowiadają sobie w strukturze i wymiarach.

 

W  tomie X prywatnych obja­wień znanej włoskiej mistyczki Marii Valtorty (wszystkie jej pisma zostały wydane drukiem na polecenie papieża Piusa XII) 22 lutego 1942 r. zostały zapi­sane następujące słowa, które powiedział jej Jezus: „Chusta Weroniki jest bodź­cem dla waszych sceptycznych dusz. Wy, racjonaliści, oziębli, chwiejący się w wierze, którzy przeprowadzacie bez­duszne badania, porównajcie odbicie twarzy na Chuście z odbiciem na Cału­nie. To pierwsze jest Twarzą Żyjącego, to drugiego Zmarłego. Jednak długość, szerokość, cechy somatyczne, kształt, charakterystyka są takie same. Nałóż­cie na siebie te dwa odbicia. Zobaczy­cie, że sobie odpowiadają. To Ja jestem. Pragnę przypomnieć wam, kim byłem i kim się stałem z miłości do was. Aby­ście się nie zagubili, nie stali się śle­pymi, powinny wam wystarczyć te dwa odbicia, aby doprowadzić was do miło­ści, do nawrócenia, do Boga" (Maria Valtorta: L'Evangelo come mi e stato rivelato, Centro Editoriale Valtoriano, 2003, Tom-X s.414).

 

Wieloletnie badania Całunu z Manop­pello, które zainicjowała przed 20 laty specjalistka od ikon - zakonnica Blan-dina Paschalis Schlomer, zainteresowały innych naukowców i w efekcie dopro­wadziły do zaskakującego odkrycia, że martwe Oblicze z Całunu Turyńskiego i żyjąca Twarz z Manoppello to ta sama Osoba. Wizerunki tych dwóch twarzy dokładnie do siebie pasują, a więc te dwa obrazy przedstawiają tę samą Osobę. Nałożenie (suprapozycja) folii z obra­zem Twarzy z Manoppello na Twarz z Całunu jest graficzno-matematycznym dowodem na to, że mamy do czy­nienia z tą samą Osobą. Z naukowego punktu widzenia nie ma żadnych wąt­pliwości, że obydwa oblicza - z Całunu i z Manoppello - w 100% odpowiadają sobie w strukturze i wymiarach. Zgodność jest tak wyjątkowa, że trzeba tu mówić o matematycznym dowodzie.

 

 

Wizerunek martwego ciała na Ca­łunie Turyńskim i Boskie Oblicze z Ma­noppello są niewątpliwie największymi cudami na świecie. Z naukowego punktu widzenia wizerunki te nie miały prawa zaistnieć. W całym świecie nie ma takiego obrazu, który swymi właściwościami mógłby chociażby w minimalnym stop­niu równać się z tymi dwoma.

 

Dając nam swój wizerunek na Całunie Turyńskim i odbicie swojej twarzy na Cału­nie z Manoppello, Chrystus wzywa nas wszystkich do nawrócenia, do nawiązania z Nim osobistego kontaktu w sakramen­tach pokuty i Eucharystii oraz w codzien­nej, wytrwałej modlitwie. Musimy zarazem stale pamiętać o tym, iż: „Chrześcijań­stwo to nie forma kultury, ideologia albo jakiś system wzniosłych zasad czy wartości. Chrześcijaństwo to Osoba. Chrześcijaństwo to Obecność. Chrześ­cijaństwo to Oblicze: Jezus Chrystus!"

(Jan Paweł II, Berno, 4.06.2004 r.).

Niezwykła relikwia Zmartwychwstania

 

Mieszkańcy Manoppello zawsze uważali, że obraz Twarzy Chrystusa w ich kościele parafialnym został utrwalony w cudowny sposób na chuście, która została położona w grobie na głowie Jezusa i stała się świadkiem Zmartwychwstania.

 

 Oblicze z Manoppello jest twarzą  zmartwychwstającego Chrystusa, w momencie Jego przechodzenia ze śmierci do życia. Dokonywało się wtedy całkowite przeobrażanie zmaltretowanego w męce i śmierci na krzyżu ciała Jezusa.

 

Klaus Berger, profesor teologii Nowego Testamentu na Wydziale Teologii Ewan­gelickiej uniwersytetu w Heidelbergu, jeden z najbardziej znanych współczes­nych biblistów niemieckich, autor licz­nych publikacji książkowych, pisze w niemieckim wydaniu Focusa, że „obraz twarzy Jezusa z Manoppello jest pierw­szą stroną Ewangelii. Ewangelia jest tekstem, a poprzedza go ten właśnie obraz Zmartwychwstania (...)

 

Według tradycji żydowskiej, aby dowieść czegoś przed sądem, trzeba było przedstawić dwóch świadków. I tu właśnie mamy dwóch świadków - Jana i Piotra, ale też dwa dowody - dwa kawałki płótna: Całun Turyński i Oblicze z Manoppello. Są to zatem dwa rzeczowe dowody Zmartwychwstania.

 

Zmartwychwsta­nie jest faktem, nie jest to teologiczna metafora. Zmartwychwstanie jest rze­czywistością. I o tym mówi ów obraz z Manoppello".

  

Pogrzeb poranionego i zakrwawio­nego ciała wymagał, zgodnie z tradycją żydowską, użycia wielu płócien i chust. Z ust i nosa umierającego Chrystusa obfi­cie popłynęła krew. Ktoś ze stojących pod krzyżem przycisnął lnianą chustę do Jego twarzy. Krwotok był tak obfity, że trzeba było chustę złożyć i jeszcze raz przycis­nąć do twarzy Zmarłego. Ta lniana chusta, o wymiarach 855 na 525 mm, z obfitymi plamami krwi i płynu surowiczego, zacho­wała się do naszych czasów i od VIII w. znajduje się w najstarszym skarbcu Hiszpanii - w katedrze w Oviedo. Badania naukowe stwierdzają, że ta lniana tkanina pochodzi z I wieku. Jest to sudarion, czyli chusta, którą ocierano twarz umierają­cego, zgodnie ze zwyczajem żydowskim. Rozmieszczenie plam krwi znajdujących się na chuście z Oviedo jest w całkowi­tej zgodności z odbiciem twarzy na Cału­nie Turyńskim. Na obu płótnach znajduje się krew grupy AB, pochodząca od tego samego Człowieka.

 

Po zdjęciu z krzyża ciało Jezusa zostało najpierw całe zawinięte w prze­szło czterometrowy lniany całun (sindon). Uczyniono tak, aby zgodnie z żydowskim zwyczajem nie dotykać martwego ciała gołymi rękami i nie rozlewać krwi. Aby nie dopuścić do otwarcia ust Zmarłego, do ich przewiązania użyto jeszcze innej chu­sty, tak zwanej pathil, która przechowy­wana jest w Cahors na południu Francji. Następnie owinięto i obwiązano znajdujące się w całunie ciało szerokimi opaskami z płótna (othonia), zawiązywa­nymi na krzyż, obficie wylewając przy tym na zewnątrz i do wewnątrz oleje oraz won­ności. Dopiero tak całkowicie zawinięte i obwiązane jak kokon ciało Jezusa zło­żono do grobu i tam na Jego głowie została położona drogocenna chusta z bisioru.

 

 

W Ewangelii św. Jana czytamy o płót­nach w pustym grobie Chrystusa. Według tej relacji Piotr i „drugi uczeń" pobie­gli wczesnym rankiem do grobu, lecz ów „drugi uczeń" wyprzedził Piotra: „A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płót­nami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył" (J 20, 5-8).

 

Wybitny znawca greki Antonio Persili w książce Sulle tracce del Risorto (Tivoli 1988), korzystając z dorobku innych egzegetów oraz ojców Kościoła (Cyryla Jero­zolimskiego i Cyryla Aleksandryjskiego), proponuje korektę tłumaczenia fragmentu z Ewangelii św. Jana (20,5-8): „Jan, kiedy się nachylił, ujrzał leżące, nienaruszone płótna oraz chustę, która była na Jego gło­wie, nie opadniętą tak jak płótna, ale pod­niesioną, pozostającą w pozycji owinięcia w jednym miejscu".

 

Apostoł Piotr, widząc nietknięte płótna grobowe, przez które cudownie przenik­nęło uwielbione ciało Jezusa, uwierzył w Zmartwychwstanie, chociaż jeszcze nie widział Zmartwychwstałego. Pod­czas Zmartwychwstania człowieczeństwo Jezusa zostało uwielbione. Zamieszkała w Nim „cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała" (Koi 2, 9). Płótna grobowe, które owijały martwe ciało Jezusa, po Jego Zmartwychwstaniu całkowicie opadły, spłaszczyły się, ponieważ pozostały puste, gdy Zmartwychwstałe Ciało przeniknęło przez nie. Tylko w miejscu głowy płótna grobowe zachowały niezmieniony kształt, dlatego że wcześniej zostały mocno nasą­czone krwiąi wonnościami, a po wyschnię­ciu stały się twarde jak karton.

 

Sądzi się, że właśnie na samym wierzchu głowy leżącego w grobie Jezusa, który był szczelnie owinięty płótnami grobowymi, została położona chusta z drogocennego bisioru - jako znak szczególnego sza­cunku. Ta wyjątkowa relikwia znajduje się dziś w Manoppello.

 

Ewangelista Jan spośród sześciu gre­ckich wyrazów określających akt widze­nia użył słowa eiden - „ujrzał i uwierzył"  (J 20, 8). Słowo to wskazuje na fakt, że się nie tylko widzi, ale i rozumie. Święty Jan pragnął w ten sposób mocno podkreślić, że kiedy zobaczył kształt nienaruszo­nych płócien, zrozumiał, że ciało Jezusa w tajemniczy sposób przeniknęło przez płótna grobowe, a więc Jezus musiał zmartwychwstać. Dlatego kiedy św. Jan zobaczył w grobie kształt płócien, od razu uwierzył w Zmartwychwstanie Jezusa.

 

Zmartwychwstający Jezus zostawił nam szczególny znak swojej Męki, Śmierci i Zmartwychwstania - przez cudowne odbicie całego swojego ciała na płótnie grobowym, o długości 436 cm i szero­kości 110 cm, w które zostały zawinięte Jego zwłoki. Na Całunie jest odbity foto­graficzny, trójwymiarowy negatyw przodu i tyłu ciała, natomiast liczne ślady krwi grupy AB są w pozytywie. Obraz jest anatomicznie perfekcyjny i współczesna nauka nie jest w stanie go odtworzyć. Ciało musiało w tajemniczy sposób przenik­nąć przez płótna grobowe, gdyż nie ma żadnych śladów odrywania, a krwawe strupy i struktura tkaniny są nienaru­szone. Ojciec Święty Jan Paweł II nazwał Święty Całun Turyński „szczególnym świadkiem Paschy: Męki, Śmierci i Zmartwychwstania" (13.04.1980 r.). „Dla człowieka wierzącego - mówił Jan Paweł II - istotne jest przede wszystkim to, że Całun to zwierciadło Ewangelii (...). Całun jest znakiem naprawdę nie­zwykłym, odsyłającym do Jezusa, praw­dziwego Słowa Ojca..." (24.05.1998 r.).

 

Zmartwychwstający Jezus zosta­wił również odbicie swojej twarzy  na Całunie z Manoppello. Jest wielce prawdopodobne, że podczas Zmar­twychwstania Chrystusa miało miej­sce tajemnicze promieniowanie, które spowodowało utrwalenie się wizerunku twarzy na przezroczystym, cieniutkim welonie z bisioru położonym na głowie zmarłego Jezusa. Naukowcy przypusz­czają, że ten sam rodzaj energii spowodo­wał odbicie przodu i tyłu martwego ciała Jezusa na Całunie Turyńskim.

 

Wszystko wskazuje na to, że to sam Wcielony Bóg zostawił nam dwa wstrzą­sające obrazy swojego Boskiego Oblicza: jeden na Całunie Turyńskim, a drugi na Chuście z Manoppello. Są one zapisem kulminacyjnego momentu w historii ludz­kości, w którym dokonało się definitywne zwycięstwo nad Szatanem, grzechem i śmiercią. Syn Boży, stając się prawdzi­wym człowiekiem, mógł jako Bóg wziąć w swoje człowieczeństwo grzechy wszyst­kich ludzi: „On się obarczył naszym cier­pieniem, (...) On dźwigał nasze boleści" (por. Iz 53, 4). Z dziejów każdego czło­wieka przejął wszystkie grzechy i śmierć. Będąc sam bez grzechu, doświadczył, jak strasznym cierpieniem jest grzech. W naj­większym cierpieniu, w doświadczeniu największego zła podczas męki i śmierci na krzyżu, Jezus był doskonale posłuszny Ojcu i w ten sposób przezwyciężył grzech i śmierć, otrzymując od Ojca dar zmar­twychwstałego życia.

 

Wizerunek twarzy na Chuście z Manop­pello oraz odbicie przodu i tyłu martwego ciała na Całunie Turyńskim nie zaistniały na skutek bezpośredniego kontaktu ciała z płótnem, ale dzięki cudownej Bożej interwencji w trakcie Zmartwychwstania Chrystusa. Otrzymaliśmy cudowny zapis kolejnych etapów uwielbienia Chrystusowego człowieczeństwa. Na Całunie Turyńskim został utrwalony obraz jeszcze martwego ciała Jezusa, ale już w momen­cie rozpoczynającego się procesu Jego uwielbienia. Ciało już zaczęło emano­wać tajemniczą energię, która z niezwy­kłą precyzją spowodowała utrwalenie się na płótnie wizerunku całego ciała w foto­graficznym negatywie.

 

Natomiast na Chuście z Manoppello został utrwalony wygląd twarzy już żyją­cego Jezusa w fotograficznym pozytywie, ale jeszcze przed zakończeniem procesu Jego uwielbienia, ponieważ widać na twa­rzy ślady ran i opuchnięć. Kiedy po raz pierwszy widzi się Oblicze z Manoppello, może się zrodzić uczucie zawodu, gdyż nie jest Ono tak piękne, jak byśmy tego oczekiwali. Trzeba mieć jednak świado­mość, że jest to Twarz Jezusa zmartwych­wstającego, a więc jeszcze nie w pełni uwielbionego. Piękno Zmartwychwsta­łego Jezusa nieskończenie przekracza wszelkie nasze wyobrażenia. Będziemy Go mogli oglądać i w pełni się Nim cie­szyć dopiero w niebie. Oblicze z Manop­pello jest twarzą zmartwychwstającego Chrystusa, w momencie Jego przechodze­nia ze śmierci do życia. Dokonywało się wtedy całkowite przeobrażanie zmaltreto­wanego w męce i śmierci na krzyżu ciała Jezusa, który dobrowolnie został „przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy (...). Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego patrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i ode­pchnięty przez ludzi (...) jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic" (Iz 53, 5.2b-4).

 

Twarz z Manoppello jest obliczem zmartwychwstającego Chrystusa, ale jesz­cze ze śladami męki, a więc w procesie uwielbienia, całkowitego przeobrażenia,

 

„przyodziewania się tego, co zniszczalne, w niezniszczalność, tego, co śmiertelne, w nieśmiertelność"

(por. l Kor 15, 53).

 

 

Obraz Matki Bożej z Gaudalupe Nie namalowany ludzką ręką.

 

 

Podobnie jak pośmiertne odbicie ciała Jezusa na Całunie Turyńskim, cudowny obraz Matki Bożej z Guadalupe jest dla współczesnej nauki niewytłumaczalną zagadką.

 

Kroniki mówią, że podczas objawień w 1531 r. Matka Boża zostawiła swoje odbicie na tilmie Indianina Juana Diego.

Tilma jest wierzchnim odzieniem Indian, rodzajem obszernego płaszcza utkanego z grubych i szorstkich włókien agawy (kaktusa ayate). Kolorem przypomina surowe płótno lniane. Materiał utkany z tych włókien po 20 latach ulega całkowitemu rozpadowi, a z powodu szorstkiej i nierównej powierzchni oraz rzadkich splotów absolutnie nie udałoby się na nim namalować żadnego obrazu. Naukowe badania płótna, na którym znajduje się obraz Matki Bożej z Guadalupe, przeprowadzone w 1976 r. potwierdziły, że jest to materiał utkany z włókien agawy. Fakt, że na tej „kaktusowej” tkaninie znajduje się obraz, który jest prawdziwym arcydziełem, i że sama tkanina przetrwała w idealnym stanie przez 470 lat, nie wykazując choćby najmniejszych znaków rozpadu, zdumiewa wszystkich, a szczególnie świat nauki.

 

Zadziwiająca jest ciągła świeżość barw tego niesamowitego obrazu oraz brak na nim zanieczyszczeń pomimo faktu, że przez ponad 100 lat wisiał nie zabezpieczony żadnym szkłem, wystawiony na bezpośrednie działanie różnych destruktywnych czynników, między innymi dymu kadzideł, palonych perfum, sadzy i spalającego się wosku z niezliczonych wotywnych świec. Słynny meksykański malarz Miguel Cabrera pisze, że w 1753 r. widział, jak przez dwie godziny, około 500 razy, pielgrzymi dotykali obrazu różnego rodzaju przedmiotami, które mieli ze sobą. Każdy inny obraz, który by się znajdował w podobnych warunkach, szybko uległby zniszczeniu, zaczernieniu i stałby się nierozpoznawalny.

 

Natomiast obraz z Guadalupe nie jest w ogóle zniszczony. Badania naukowe wykazały, że z niewyjaśnionych przyczyn materiał, na którym odbity jest obraz Matki Bożej, w ogóle nie przyjmuje kurzu, odpycha insekty, bakterie i grzyby. Profesor Philip Callahan z Uniwersytetu na Florydzie, który badał obraz z Guadalupe w 1979 r., w swoim raporcie napisał, że z jednej palącej się wotywnej świecy jest emitowanych ponad 600 mikrowatów. W zamkniętym pomieszczeniu przy setkach palących się świec i tysiącach pielgrzymów powstaje tak wielkie zanieczyszczenie, że w krótkim czasie powinno nastąpić całkowite wyblaknięcie kolorów i zniszczenie samego obrazu.

 

Święty obraz Matki Bożej z Guadalupe wydaje się jednak całkowicie uodporniony na wszelkiego rodzaju niszczące oddziaływania. Fakt doskonałego zachowania płótna oraz delikatnych kolorów, w całym ich bogactwie i świeżości, wprawia w prawdziwe zdumienie wszystkich ekspertów i znawców sztuki. Wielu sceptyków i racjonalistów w konfrontacji z faktami, które odkryli, badając święty obraz, odrzuciło swój sceptycyzm i niewiarę, klękając przed tajemnicą niewidzialnego Boga. I tak na przykład słynny meksykański architekt Ramirez Vasguez, któremu w 1975 r. powierzono zaprojektowanie nowej bazyliki w Guadalupe, otrzymał pozwolenie na dokładne zbadanie obrazu Matki Bożej. Wyniki tych badań były dla niego tak wielkim intelektualnym i duchowym wstrząsem, że porzucił swój agnostycyzm i stał się gorliwym katolikiem.

 

O nadprzyrodzonym pochodzeniu obrazu Matki Bożej z Guadalupe świadczy również jego cudowne zachowanie przed zniszczeniem podczas różnych nieszczęśliwych okoliczności i wypadków w ciągu jego wielowiekowej historii. I tak na przykład: w 1791 r. robotnikowi czyszczącemu srebrną ramę przypadkowo wylała się na powierzchnię obrazu cała butelka kwasu azotowego. Ku wielkiemu zdziwieniu i ogromnej radości pracownika wylany kwas nie zostawił najmniejszego śladu. Podczas krwawych prześladowań Kościoła w latach 20. ubiegłego wieku, za rządów Plutarco Callesa, za sprawowanie posługi kapłańskiej tysiące księży skazano na karę śmierci. Ateistyczno-masoński reżim zamknął wszystkie kościoły w Meksyku, nie odważył się jednak zamknąć Bazyliki w Guadalupe.

 

Wrogowie Kościoła uciekli się jednak do diabolicznego planu zniszczenia obrazu Matki Bożej i zabicia większości hierarchów. 14 listopada 1921 r. agenci rządowi ukryli w wazonie na kwiaty bardzo silną bombę zegarową i podłożyli pod cudownym obrazem. Bomba wybuchła o godz. 10.30 w czasie odprawiania pontyfikalnej Mszy św. Potężny wybuch wstrząsnął całą Bazyliką, niszcząc posadzkę, marmurowy ołtarz i witraże w oknach, cudem nikt nie został zabity, tylko niektórzy odnieśli lekkie rany. Kiedy po wybuchu opadł kurz, okazało się, że obraz jest nienaruszony, przed zniszczeniem uchronił go duży metalowy krucyfiks, który wygiął się na skutek eksplozji.

 

W ciągu wielowiekowej historii obraz z Guadalupe wielokrotnie poddawano bardzo szczegółowym badaniom. Różni naukowcy i eksperci w dziedzinie malarstwa chcieli stwierdzić, czy rzeczywiście jest możliwe wytłumaczenie jego powstania na drodze naturalnej. Wszystkie badania wykonywane za pomocą mikroskopów, promieniowania podczerwienią i innych najnowocześniejszych metod wskazują, że obraz nie został namalowany ludzką ręką.

Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii, niemiecki profesor Richard Kuhn z Heidelbergu, w 1936 r. poddał bardzo szczegółowym badaniom włókna wzięte z materiału, na którym znajduje się obraz Matki Bożej z Guadalupe. Naukowiec ten stwierdził, że barwniki, które zostały użyte do wyrażenia kolorów na obrazie, w ogóle nie są znane nauce. Nie są pochodzenia ani zwierzęcego, ani roślinnego, ani mineralnego. Użycie syntetycznych kolorów zostało również wykluczone.

 

Badania mikroskopowe obrazu w 1946 r. wykazały, że w ogóle nie ma na nim śladów pędzla, wstępnego szkicu czy podpisu artysty. To samo potwierdziły badania w 1954 r. i 1966 r. innej grupy naukowców pod przewodnictwem prof. F. Camps Ribera. Znawcy problematyki są zgodni, że obraz Matki Bożej z Guadalupe jest dziełem, którego nie byłby w stanie namalować żaden nawet najgenialniejszy malarz.

 

Już w 1929 r. profesjonalny fotograf Alfonso Gonzales, po wielokrotnym powiększeniu twarzy Matki Bożej odkrył, że w Jej oczach widać wyraźnie odbitą twarz człowieka z brodą.

 

To odkrycie sprowokowało całą serię szczegółowych badań oczu Matki Bożej, przeprowadzonych w latach 50., 60., 70. i 80. XX wieku.

 

Wszyscy badacze są zgodni, że oczy Maryi wyglądają jak oczy żywej osoby i posiadają nadzwyczajną głębię. Widoczne jest w nich zjawisko refleksu, występujące tylko u żywych ludzi, którego nie można odtworzyć przy pomocy nawet najdoskonalszych technik malarskich.

 

Naukowcy dokonali powiększeń oczu Maryi aż 2500 razy. Pozwoliło to im odkryć w oczach Matki Bożej odbicie postaci 12 osób. Została utrwalona w nich scena spotkania Juana Diego z arcybiskupem Zumarragą i osobami mu towarzyszącymi, w czasie, którego dokonał się cud powstania wizerunku Niepokalanej na tilmie Indianina.

 

Odbicie tej sceny w oczach Maryi jest tak perfekcyjne, że widać nawet takie szczegóły, jak np. łzy wzruszenia, kolczyki, sznurowadła indiańskich sandałów, łysego człowieka z białą brodą, Indianina z orlim nosem, brodą i wąsami przylegającymi do policzków itd. Ta precyzyjna doskonałość mikroskopijnego obrazu wyklucza możliwość namalowania go przez człowieka.

Naukowcy są zgodni, że podobnego zjawiska nigdy nie udało się zaobserwować na żadnym obrazie ani fotografii. Badania te przeprowadzili najwybitniejsi naukowcy w dziedzinie optyki i okulistyki: prof. Charles Wahling, prof. Francis T. Avignone, prof. H.G. Noyes z Columbia University, New York, Edward Gebhardt – telewizyjny inżynier i fotograf z National Broadcasting Company, prof. Alexander Wahling – chirurg oczu, prof. Italo Mannelli z Uniwersytetu w Pizie i inni. Szczegółowe badania obrazu Matki Bożej z Guadalupe wskazują na tajemnicze źródło jego pochodzenia, niedostępne wszelkim naukowym dociekaniom.

 

Tylko wiara może nam powiedzieć, że jedynym autorem tego obrazu jest sam Pan Bóg. Obraz Niepokalanej Dziewicy z Guadalupe jest znakiem wzywającym wszystkich ludzi do nawrócenia, aby każdego dnia przez modlitwę i pracę, podejmowali trud życia według wymagań Ewangelii. Patrząc na cudowny obraz z Guadalupe, namacalnie doświadczamy macierzyńskiej miłości Matki Zbawiciela i naszej Matki, zatroskanej o wieczne zbawienie wszystkich swoich dzieci. To właśnie Ona pragnie rozbudzić w nas wiarę i dlatego daje nam nadzwyczajne znaki, abyśmy rozumieli, szczęście prawdziwe jest tylko w Bogu.

 

 

 

Objawienia

na wzgórzu Tepeyac

 

 

 

Indianin Juan Diego, któremu Matka Boża objawiła się o  świcie 9 grudnia 1531 r. na wzgórzu Tepeyac, będzie kanonizowany przez Ojca Świętego Jana Pawła II w Guadalupe, w końcu lipca 2002 r. Święty Juan Diego urodził się w 1474 r. i otrzymał imię, które w azteckim języku znaczy Śpiewający Orzeł. Przyjął chrzest w 1525 r., razem ze swoim wujem Juanem Bernardino, którego uważał za przybranego ojca. Byli jednymi z pierwszych Indian nawróconych na chrześcijaństwo przez misjonarzy franciszkańskich.

 

Juan Diego był żonaty, ale jego żona, Maria Lucia zmarła, nie pozostawiając mu potomstwa. Był bardzo gorliwym chrześcijaninem. 9 grudnia 1531 r., w obchodzone wtedy święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi  Panny, Juan wyszedł z domu przed świtem, aby zdążyć na Mszę św. w odległym kościele Santiago. Było jeszcze ciemno i wyjątkowo zimno. Zwyczajem indiańskim biegł przez kamieniste i rzadko porośnięte wzgórza. W pewnym momencie usłyszał przepiękny śpiew ptasich chórów, rozrzuconych po zaroślach rosnących na wzgórzu zwanym Tepeyac, w miejscu gdzie były ruiny pogańskiej świątyni poświęconej bogini Matki Bogów. Śpiew nagle ustał i zdumiony Indianin zobaczył przepiękną kobietę, otoczoną jakby słońcem, która wołała go po imieniu: Juan Diego! Juanito! Była cudownie piękna i wyglądała, jakby miała 16 lat. Zapytała z niezwykłą czułością i miłością: Dokąd idziesz, Juanie, najmniejszy i najdroższy z moich dzieci? Juan odpowiedział: Spieszę się, by zdążyć na Mszę świętą i wysłuchać kazania. Wtedy usłyszał: Kocham cię, mój drogi synku. Jestem Maryją, Niepokalaną Dziewicą, Matką prawdziwego Boga, który daje życie i je zachowuje. On jest Stwórcą wszystkiego, Panem nieba i ziemi. On jest wszechobecny.

 

 

 

Chcę, aby w tym miejscu wybudowano świątynię, gdyż chcę tutaj okazywać miłość i współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc. Tutaj będę ocierać im łzy, uspokajać i pocieszać. Biegnij teraz do biskupa i powiedz mu, co tu widziałeś i słyszałeś. Po tych słowach Juan upadł do stóp Maryi i powiedział: Szlachetna Pani, idę spełnić Twoje życzenie.

 

Kiedy Juan Diego dotarł do domu biskupa, szybko przekonał się, że wypełnienie misji, jaką Maryja mu powierzyła, jest ponad jego możliwości. Biskup Zumarraga wprawdzie był bardzo miły i  cierpliwie wysłuchał opowiadania o objawieniu Matki Bożej, ale myśl o budowie kościoła na prawdziwym pustkowiu odrzucił jako nierealną. Juan zmęczony i zawiedziony nieudaną misją wrócił na miejsce objawienia.

 

Kiedy dotarł na wzgórze, Niepokalana Dziewica już czekała na niego. W wielkiej pokorze powiedział Jej: Niestety, biskup mi nie uwierzył. Wybacz mi, że mam odwagę dawać Ci rady. Nie jestem godny, byś powierzyła mi tak ważną misję. Wyślij, proszę, kogoś bardziej odpowiedniego, bo ja jestem nikim. Matka Boża odpowiedziała:

 

Mój kochany syneczku, mogłam posłać innych, ale ja ciebie wybrałam. Nie zniechęcaj się, jutro rano idź do biskupa i powiedz mu, że posyła cię Maryja Dziewica i że bardzo pragnę, by w tym miejscu wybudowano kościół. Umocniony tym spotkaniem, Juan Diego z nowym entuzjazmem zabrał się do Pole tekstowe:  spełnienia powierzonej mu misji. Następnego dnia musiał okazać wielki upór, by skłonić służbę, żeby pozwoliła mu spotkać się ponownie z biskupem. Biskup cierpliwie wysłuchał jego relacji ze spotkania z Matką Bożą i na koniec powiedział, że dopiero wtedy podejmie konkretne działania w sprawie budowy kościoła, gdy Maryja da mu jakiś widzialny znak. Po tej rozmowie Juan Diego poszedł znowu na wzgórze Tepeyac, aby opowiedzieć o wszystkim Maryi. Klęknął u Jej stóp i powiedział, że biskup prosi o jakiś znak. Odpowiedziała: Miałeś przeze mnie wiele kłopotów, idź więc w pokoju, aby odpocząć. Przyjdź tu jutro o świcie i wtedy dam ci znak, abyś przekazał go biskupowi. Umocniony spotkaniem z Niepokalaną Juan Diego poszedł odwiedzić swojego ukochanego wujka Bernardino. Zmartwił się bardzo, kiedy zobaczył go w łóżku, dotkniętego ciężką chorobą. Nie mógł go  zostawić samego, został więc z nim przez całą noc i cały następny dzień, aby  przygotowywać mu posiłki i ziołowe lekarstwa. To był główny powód, dla którego w poniedziałek rano nie mógł stawić się na umówione spotkanie z Matką Bożą. Juan Bernardino czuł się coraz gorzej i poprosił siostrzeńca, aby przyprowadził mu księdza, gdyż chciał jeszcze przed śmiercią wyspowiadać się i przyjąć Komunię św. Juan Diego wczesnym rankiem 12 grudnia pobiegł po księdza do kościoła parafialnego. Droga prowadziła przez wzgórze Tepeyac. W swojej naiwności sądził, że nie spotka Maryi, biegnąc wschodnią stroną wzgórza. Kiedy tam się znalazł, nagle, ku jego wielkiemu zaskoczeniu, pojawiła się przed nim postać Matki Bożej. Niepokalana postawiła mu pytanie: Co się stało, moje kochane dziecko? Indianin, pragnąc ukryć zakłopotanie, odpowiedział: Moja Pani, dlaczego wstałaś tak wcześnie? Nic Ci nie jest? Wybacz mi, że nie przyszedłem wczoraj rano, by zanieść biskupowi znak, który zamierzałaś mu posłać. Nie zlekceważyłem obietnicy, ale mój wujek jest umierający i pragnie, bym sprowadził mu przed śmiercią księdza. Nie bój się, mój synu – odpowiedziała Maryja – czyż nie jestem twoją Matką, która się tobą opiekuje? Twój wujek odzyska zdrowie.

 

A teraz posyłam cię z moją misją. Wejdź na szczyt wzgórza i nazbieraj kwiatów, które tam rosną i przynieś je tutaj. Kiedy Juan wszedł na szczyt, zobaczył przepiękne kastylijskie róże, które przecież nie mogły same urosnąć w środku zimy na kamienistej, zmrożonej i pokrytej szronem ziemi. Szybko napełnił kwiatami swój indiański płaszcz (tilmę), opuszczony z przodu jak peleryna i podwiązany na plecach.

 

Kiedy przybiegł z kwiatami, Maryja własnymi rękami je poukładała i zawiązała mu dolne końce tilmy na szyi, by mógł bezpiecznie donieść kwiaty biskupowi. Powiedziała: To jest obiecany znak, który przesyłam biskupowi. Kiedy go otrzyma, powinien zgodnie z moim pragnieniem, wybudować w tym miejscu świątynię. Nie pokazuj nikomu kwiatów i nie opuszczaj końców tilmy, dopóki nie znajdziesz się przed biskupem. Tym razem bądź pewny, że biskup uwierzy we wszystko, co mu powiesz.

 

Kiedy wpuszczono Juana Diego do domu biskupa, wszystkich zdumiał cudowny zapach, który otaczał ubogiego Indianina. Niektórzy próbowali uchylić jego tilmę i zobaczyć, co tam kryje. Wszelkimi sposobami bronił dostępu, jednak niektórym udało się zobaczyć ukryte róże. Próbowali więc brać kwiaty w ręce, ale gdy ktoś tylko dotknął róży, zamieniała się ona w rodzaj haftu na płaszczu Juan Diego. Kiedy wreszcie stanął przed biskupem Zumarraga, podniósł obie ręce i rozwiązał rogi swojego zgrzebnego płaszcza. Zaskoczony biskup zobaczył całe naręcze cudownych kastylijskich róż, które po pewnym czasie znikły, a na tilmie ukazało się przepiękne odbicie postaci Matki Boskiej.

 

Biskup zerwał się z fotela i razem z domownikami ukląkł u stóp Indianina i przed długi czas adorował cudowny obraz. Po długim czasie gorącej modlitwy, biskup wstał, delikatnie zdjął tilmę z ramion Juan Diego i przeniósł ją do głównego ołtarza swojej kaplicy. Wieść o cudzie rozeszła się po mieście lotem błyskawicy. Następnego dnia w procesji przeniesiono cudowny obraz do katedry. Wydarzeniu towarzyszył radosny śpiew ogromnej rzeszy ludzi. 12 grudnia rano Matka Boża objawiła się również umierającemu Juanowi Bernardino, wujkowi Juana Diego. Przywróciła mu pełne zdrowie i powiedziała, żeby się nie martwił o swego siostrzeńca, gdyż posłała go do biskupa z cudownie odbitym obrazem na jego płaszczu. Powiedziała również pod jakim tytułem chciałaby, aby Ją czczono w przyszłości. Tłumacz, który przekazał biskupowi relację Juana Bernardino, przełożył tytuł jako „Zawsze Dziewica, Święta Maryja z Guadalupe”.

 

 

Słowo „Guadalupe” Hiszpanie kojarzyli natychmiast ze znanym sanktuarium Matki Bożej w dalekiej Hiszpanii. Natomiast tubylcy rozumieli to imię jako „de Guatlashupe”, co pisze się w ich języku „tetlcoatlaxopeuh”, a znaczy „Zdeptany Kamienny Wąż”. „Te” oznacza kamień; „coa” węża; „tla” jest końcówką rzeczownika; „xopeuh” oznacza zdeptanie, pokonanie. Najprawdopodobniej tłumacz błędnie przełożył z azteckiego języka Nahuatl słowo, które fonetycznie brzmiało podobnie do „Guadalupe”. W azteckim języku nie istnieją litery D i G. Ostatnie badania potwierdzają, że było to słowo „tetlcoatlaxopeuh”, które wymawia się „de Guatlashupe”. W ten sposób Matka Boża ogłosiła, że pokonała straszliwego boga Quetzalcoatla, czczonego w postaci upierzonego węża oraz innych bogów, za którymi kryje się sam szatan, a którym Aztekowie składali w ofierze niezliczoną ilość ludzi. Wśród Indian szybko rozniosła się wieść o imieniu, który obrała sobie Kobieta, objawiając się Juanowi Bernardino i Juanowi Diego. Jej cudowny wizerunek, w którym zawarte są wszystkie symbole: chmury, gwiazdy, słońce, półksiężyc i mały czarny krzyż na złotej broszce, potwierdził prawdę, że zdeptała głowę krwiożerczego węża i pokonała go, ponieważ jest Matką Boga Jezusa Chrystusa. Na cudownym wizerunku dwie poły płaszcza są związane czarną wstążką w kształcie kokardy (Dla Azteków był to znak, że kobieta jest w ciąży). Poniżej jest kwiat z czterema płatkami, który jest symbolem boskości. Znaczy to, że dziecko w łonie Maryi jest Bogiem. Badania astronomów w 1981 r. potwierdziły, że istnieje zgodność układu gwiazd na płaszczu Matki Bożej z układem gwiazd w czasie objawień, w 1531 r. Dla Azteków był to niezwykle mocny znak wzywający ich do porzucenia pogaństwa i zwrócenia się do religii chrześcijańskiej, bo słońce, księżyc i gwiazdy nie są żadnymi bogami, lecz zostały stworzone przez Boga, Stwórcę nieba i ziemi.

 

Patrząc na cudowny obraz, każdy Indianin mógł bez trudności odczytać z niezwykle bogatej symboliki, że Kobieta jest w ciąży, a dziecko, które się z niej narodzi, jest Bogiem. Objawienia Matki Bożej na wzgórzu Tepeyac były momentem zwrotnym w ewangelizacji Ameryki. Dały początek masowym nawróceniom Indian. Do momentu objawień misjonarze chrzcili najczęściej niemowlęta i umierających. Natomiast po objawieniach każdego dnia tysiące Indian zgłaszało się do placówek misyjnych z prośbą o chrzest. Niektórzy księża musieli udzielać sakramentu chrztu nawet 6 tysiącom osób dziennie. Misjonarz Torbio de Benavento pisze, że w konwencie Quecholac w ciągu  pięciu dni ochrzcił 14200 Indian. Flamandzki franciszkanin o. Peter Ghent zaświadcza, że w czasie jego misji w Meksyku, sam ochrzcił około miliona Indian.

 

W ciągu zaledwie kilku lat, od 1532 do 1538 r., dokonała się chrystianizacja całego Meksyku, około 9 milionów ludzi przyjęło dobrowolnie chrzest i inne sakramenty.

 

Jest to fakt bez precedensu w historii. Wszyscy mieszkańcy, którzy przed objawieniami w większości byli bardzo niechętni i często wrogo nastawieni do chrześcijaństwa, nawrócili się w sposób zupełnie spontaniczny. Przez Reformację w Europie 5 milionów ludzi opuściło Kościół katolicki, a w tym samym czasie, po objawieniach w Guadalupe, 9 milionów Azteków włączyło się we wspólnotę Kościoła katolickiego. Liczni misjonarze, którzy przyjechali z Europy, zaczęli budować w całym Meksyku szkoły, szpitale, warsztaty pracy, kościoły i klasztory. W 1552 r. dekretem papieża i króla został powołany do istnienia pierwszy uniwersytet Meksyku i otrzymał podobną rangę, jak hiszpański Uniwersytet w Salamance. Zaraz po objawieniach rozpoczęto budowę pierwszej kaplicy na wzgórzu Tepeyac. Zakończono ją w ciągu 13 dni, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. 26 grudnia 1531 r. biskup Zumarraga przeniósł cudowny obraz w uroczystej procesji z katedry do kaplicy w Tepeyac. Wzięli w niej udział wszyscy mieszkańcy miasta. Indianie z wielkiej radości śpiewali, tańczyli, dla wiwatu strzelali strzałami w powietrze.

 

Niestety, jedna ze strzał zupełnie przypadkowo ugodziła pewnego mężczyznę w szyję. Zabitego położono pod obrazem Matki Bożej i wszyscy ludzie z dziecięcą wiarą zaczęli modlić się o cud. Po pewnym czasie Indianin otworzył oczy, popatrzył na obraz Niepokalanej i wstał o własnych siłach. Został całkowicie uzdrowiony. Na widok cudownie przywróconego do życia Indianina zgromadzeni z jeszcze większą gorliwością zaczęli śpiewać Bogu azteckie hymny dziękczynienia. Biskup Zumarraga ustanowił Juana Diego odpowiedzialnym za nową kaplicę z cudownym obrazem Matki Bożej. Na mocy specjalnego pozwolenia przyjmował Jezusa w Komunii św. trzy razy w tygodniu. Do nowego sanktuarium każdego dnia przybywały rzesze pielgrzymów. Matka Boża zgodnie ze swoją obietnicą pocieszała strapionych, przywracała radość życia oraz zdrowie dusz i ciał.

 

Juan Diego nieustannie opowiadał przychodzącym Indianom historię objawień w ich ojczystym języku. Wyjaśniał prawdy chrześcijańskiej wiary i w ten sposób przygotowywał Indian do przyjęcia chrztu, później odsyłał ich do misjonarzy, aby przez udzielenie sakramentów dopełnili dzieła ewangelizacji.

 

Juan Diego zmarł 30 maja 1548 r. i został pochowany na wzgórzu Tepeyac. Jego beatyfikacji dokonał Ojciec Święty Jan Paweł II 6 maja 1990 r. w Guadalupe. Natomiast jego kanonizacja nastąpi w lipcu 2002 r., również w Meksyku. Wpatrując się w postać świętego Indianina, prośmy go o wstawiennictwo, aby nam dopomógł osiągnąć ducha heroicznej wiary i pokornej miłości. Św. Juan Diego, módl się za nami!

 

 

 

 Bibliografia:

 

J.L.G. Guerrero, El Nican Mopohua; FloryCanto – del nacimento de Mexico;

ks. Andrzej Franciszek Dziuba, Matka Boża z Guadalupe;

Manuela Testoni. Guadalupe;

Francis Johnston, The Wonder of Guadalupe; Behrens Helen, America’s Treasure, The Virgin of Guadalupe.

Tej samej autorki The Lady and the Serpent, 1966; Burland, C. A., Art and Life in Ancient Mexico, Oxford. 194;

Demarest, Donald and Taylor, Coley, TheDark Virgin, The Book of Our Lady of Guadalupe. A documentary anthology;

Keyes, Frances Parkinson, The Grace of Guadalupe;

Rahm, Reverend Harold, I am not here?;

Taylor, Coley, Our Lady of the Amricas; Vaillant,G. C., Aztecs of Mexico;

White, Jon Manchip, Cortes and the downfall of the Aztec Empire.

 

 Niniejsze artykuły zostały opublikowane w trzech wydaniach dwumiesięcznika katolickiego: Miłujcie się !

 

              

  1/2002                SPECJALNY-2002                  4/2006

 

 

 

Miłujcie się! – Katolicki Dwumiesięcznik Społecznej Krucjaty Miłości Imprimatur: Przełożony Generalny Towarzystwa Chrystusowego

 ks. Tadeusz Winnicki, 19.05.2004.

 

Redaktor naczelny: ks. Mieczysław Piotrowski TChr

 

Adres Redakcji: Czasopismo „Miłujcie się!”, ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel./fax. (61) 8523282, tel. (61) 6472686, (61)6472100

 

www.miluciesie.org.pl

 

Zdjęcia osób zamieszczone w sąsiedztwie świadectw i artykułów są całkowicie przypadkowe.

 

 

 

 

 

W tomie X prywatnych obja­wień znanej włoskiej mistyczki Marii Valtorty (wszystkie jej pisma zostały wydane drukiem na polecenie papieża Piusa XII) 22 lutego 1942 r. zostały zapi­sane następujące słowa, które powiedział jej Jezus: „Chusta Weroniki jest bodź­cem dla waszych sceptycznych dusz. Wy, racjonaliści, oziębli, chwiejący się w wierze, którzy przeprowadzacie bez­duszne badania, porównajcie odbicie twarzy na Chuście z odbiciem na Cału­nie. To pierwsze jest Twarzą Żyjącego, to drugiego Zmarłego. Jednak długość, szerokość, cechy somatyczne, kształt, charakterystyka są takie same. Nałóż­cie na siebie te dwa odbicia. Zobaczy­cie, że sobie odpowiadają. To Ja jestem. Pragnę przypomnieć wam, kim byłem i kim się stałem z miłości do was. Aby­ście się nie zagubili, nie stali się śle­pymi, powinny wam wystarczyć te dwa odbicia, aby doprowadzić was do miło­ści, do nawrócenia, do Boga"

 

(Maria Valtorta: L'Evangelo come mi e stato rivelato, Centro Editoriale Valtoriano, 2003,Tom-X s.414).